Recenzja na zimno W poszukiwaniu Grozy

Wendigo i inne upiory - Algernon Blackwood

Na wzmiankę o tej książce - a w zasadzie o jej autorze trafiłem przypadkiem kilkanaście lat temu, podczas przeglądania przypisów do twórczości prawdziwego mistrza powieści grozy jakim H.P.L niewątpliwie był. Jako że Przeczytałem już wielokrotnie chyba wszystkie opowiadania Lovecrafta postanowiłem poznać twórczość pisarzy blisko z nim związanych i przez niego uznanych. Szczerze mówiąc poznałem ich już wielu ale do tej pory nic Algernona Blackwood'a  w moje chciwe łapki nie trafiło. Z wielką przyjemnością i nadzieją zasiadłem więc do lektury Wendigo, małej, zawierającej kilkanaście opowiadań książeczki. Na początku przestroga dla ewentualnych czytaczy - nie mówimy tutaj o horrorze - powieść grozy to osobny gatunek, który najprężniej funkcjonował na przełomie XIX i XX wieku. Musimy o tym pamiętać by zrozumieć specyficzny sposób pisania i realia epoki. Wtedy się pisało inaczej - wtedy inne rzeczy były straszne, ludzie nie mieli jeszcze poczucia całkowitego panowania nad światem, nauka nie przefiltrowała jeszcze każdego aspektu życia przez nieprzepuszczalny filtr racjonalizmu. Czytelnicy czytający dziś opis grozy jaka czai się za kręgiem światła rzucanego w nocy w lesie przez ognisko nie czują jej. Nie są w stanie ponieważ mało kto taką noc w lesie spędził. A jeśli spędził to pewnie mając w zasięgu ręki jakiś mocny szperacz, który w razie co rozświetli ciemności nocy. No a tak w ogóle to wiadomo że duchów ani innych maszkar nie ma a w naszej strefie klimatycznej nie żyje nić co mogłoby nam skutecznie zagrozić. Jesteśmy uzbrojeni w osiągnięcia epoki. Straszy nas już dziś coś zupełnie innego. Jednak czasami, gdy znajdziemy się nie tam gdzie zwykle, gdy nie mamy przypadkiem odpowiedniego sprzętu i gdy z mroku dobiega dźwięk który nie powinien z niego dobiegać a co więcej nie potrafimy powiedzieć co on oznacza - groza wraca. Właśnie dzięki takim chwilom możemy poczuć to co chciał nam przekazać autor piszący na przełomie wieków. Czujemy wtedy jak nawet najbardziej błahe acz niespodziewane dotknięcie - na przykład zwisającej smętnie gałązki - przeradza się w szarpnięcie jakiejś głęboko schowanej w naszej duszy struny, o której istnieniu już zapomnieliśmy. Struny te wciąż tam są. Książka jest już dziś nieco archaiczna i dla przeciętnego współczesnego czytelnika mrocznej prozy przyzwyczajonego do dużej ilości krwi, potworów i wnętrzności wylewających się z ekranów telewizorów, komputerów czy kart książek niektórych pisarzy na pewno może się wydawać słaba. Taka jednak nie jest. Groza jest tu niewytłumaczalna, subtelna, powoli się rozkręcająca i czyhająca na granicy poznania - na granicy słuchu, wzroku, zrozumienia - tuż poza naszymi zmysłami. Uwielbiam takie klimaty - Blackwood wzbudza powoli uczucie strachu, napięcia i niesamowitości - nie jest w tym co prawda tak skuteczny jak Lovecraft ale jest fajnie. Ważna rzecz - większość pisarzy współpracujących z H.P.L lub wzorujących się na nim wprowadzała do swojej prozy elementy zaczerpnięte z jego mitologii w mniejszym lub większym stopniu (możemy to zaobserwować nawet dziś u takich sław jak chociażby S. King). Twórczość Blackwooda jest inna - jest całkowicie niezależna, źródłem grozy nie są tu istoty z odległego międzygwiezdnego panteonu a raczej wywodzi się z tego co znamy a co również może być niesamowite. Blackwood jest bardzo ekologiczny, udowadnia siłę żywiołów, uczy szacunku dla natury i dawnych wierzeń. 

 

Dla kogo? Ciężko odpowiedzieć na to pytanie - wydaje mi się że grono odbiorców, do których ta książka w należyty sposób mogłaby trafić jest dziś niezwykle wąskie. Jeśli lubisz się bać a czytając potrafisz przenieść się nie tylko w przestrzeni ale i w czasie, wczuć się w sposób postrzegania świata człowieka dziewiętnastego wieku - to biorąc do ręki tę książkę masz szanse poczuć tchnienie prawdziwej grozy. Mnie się to udało, choć muszę przyznać że nie było łatwo.